Tadeusz Szlenkier - tenor

«« powrót

Takiej "Halki" jeszcze nie było

Pierwszą od ponad trzydziestu lat bydgoską inscenizację dzieła Moniuszki melomani nagrodzili w sobotę owacjami na stojąco. Nic dziwnego, bo dawno na scenie Opery Nova nie widzieliśmy tak dobrej realizacji
Historia jest prosta: dziewczyna z górskiej wsi zakochuje się bez pamięci w zubożałym dziedzicu, Januszu. Ten jednak wybiera córkę bogatego Stolnika, Zofię. Odrzucona Halka z miłości i żalu niemal traci zmysły, gardząc szczerze kochającym ją góralem Jontkiem. Zawsze zastanawiałam się, co takiego jest w tej historii, że od premiery w połowie XIX w. elektryzuje melomanów, a o tytułową rolę biją się solistki. Bo mnie losy Halki jeszcze nigdy nie poruszyły. Tak było do soboty, czyli do momentu, gdy obejrzałam dzieło Moniuszki według pomysłu Natalii Babińskiej.
Na scenie zobaczyłam prawdziwy dramat, a nie po prostu kolejną operę o niemożliwej miłości. Widziałam Halkę (w tej roli Jolanta Wagner, która debiutowała jako solistka w Operze Nova) zaślepioną miłością do Janusza, jej księcia z bajki, widziałam Halkę wściekłą, bo ukochany okazał się zwykłym łajdakiem, widziałam też Halkę na granicy obłędu, grożącą zemstą, i Halkę, która potrafi przebaczać. Reżyserka zobaczyła w tytułowej bohaterce postać wielobarwną, dynamiczną, a Jolanta Wagner świetnie jej koncepcję zrealizowała na scenie. To nie jest po prostu smutno łkająca wiejska dziewka, ale kobieta z krwi i kości targana skrajnymi emocjami. I to dramatyczna kreacja, do tego fenomenalnie zaśpiewana, ciągnęła w sobotę całe przedstawienie. Bez niej na nic zdałyby się świetnie choreograficznie pomyślane tańce. Męski mazur to trochę taniec kogutów, które straszą piórka przed wybranką, a góralskie pląsy we wsi zachwycały swojskim przytupem i humorem. Nie pomogłyby kostiumy, które pewnie kosztowały fortunę. To dzięki barwnym kontuszom, krynolinie Zofii we wszystkich odcieniach błękitu i kontrastującym z pałacowym przepychem szaroburym strojom górali ze wsi można było wystawić "Halkę" praktycznie bez scenografii. I wreszcie na darmo staraliby się pozostali soliści. Znakomity Tadeusz Szlenkier, który stworzył kreację romantycznego, ale momentami też okrutnego Jontka (mimo protestów Halki opowiada całej wsi, jaki to wstyd spotkał ją w pałacu, gdy "wyrzucono ich za bramę, jak psów"). Darina Gapicz umiała pokazać trochę rozkapryszoną, ale jednak współczującą Zofię, a Łukasz Goliński jako Janusz z różnym skutkiem starał się być na scenie zimnym draniem. Na nic też zdałaby się praca orkiestry, która kierowana przez Piotra Wąjraka uwerturę grała tak, że nogi same rwały się do tańca, a momentami tak akompaniowała solistom, że człowiek zapominał w ogóle o jej istnieniu.
Babińska zmieniła także trochę zakończenie opery - nie ma tu sceny, w której Halka skacze z urwiska do rzeki, a Jontek niesie jej trupa pod kościół, w którym właśnie biorą ślub Janusz i Zofia. Zamiast tego Halka upada na ziemię i umiera, a nad ciałem bohaterki pojawia się jej duch, którego Bóg zabiera do nieba. Zadbała też o to, żeby po wesołej, kolorowej scenie zbiorowej pojawiła się liryczna i kameralna. W pamięć zapadają zwłaszcza te, gdy Halka wdziera się na dwór Stolnika w momencie zaręczyn Zofii i Janusza, a także jej powrót do wsi - obie wzruszające i pełne emocji, łapią melomanów za serce. Jeśli chodzi o chwile wyciszenia, wystarczy wspomnieć dwie popularne arie - "Szumią jodły na gór szczycie" Jontka i "Gdybym rannym słonkiem" Halki.
Pierwsza od ponad 30 lat bydgoska inscenizacja "Halki" nie jest ani eksperymentalna, ani tradycyjna - realizatorom udało się chyba zadowolić zarówno tych melomanów, którzy lubują się w staropolszczyźnie, jak i widzów, którzy oczekiwali od tej historii czegoś nowego i świeżego. O tym, jak trudne to zadanie, przekonali się już ci twórcy, którym "Halka" nie wyszła. My ze swojej możemy być dumni.


Joanna Lach, Gazeta Wyborcza - Bydgoszcz nr 100
29.4.2013


«« powrót