Tadeusz Szlenkier - tenor

«« powrót

INAUGURACJA W FILHARMONII; Tadeusz Szlenkier trafił w sedno

W sobotę Filharmonia Krakowska zainaugurowała 70. sezon artystyczny. Tę "jubileuszowość" podkreślili, witając melomanów, dyrektor Bogdan Tosza i przewodniczący sejmiku małopolskiego (tzw. organu założycielskiego Filharmonii) Kazimierz Barczyk. Szczególnie interesująco zabrzmiała obietnica złożona przez tego ostatniego, iż w przyszłorocznym budżecie znajdzie się poł miliona złotych właśnie na jubileuszowe wydarzenia muzyczne. Zobaczymy, a raczej posłuchamy, jak zostaną wydane.
Jeśli po inauguracji prognozować poziom całego sezonu, to zapowiada się dobrze. Na otwarcie usłyszeliśmy Koncert fortepianowy b-moll Czajkowskiego i Harnasie Szymanowskiego, a więc z jednej strony arcydzieło tzw. żelaznego repertuaru, z drugiej - muzyka polska. To dobra wykładnia polityki programowej instytucji. Co ważne - dobrze wykonana.
Partię solową w Koncercie b-moll grała Lilya Zilberstein, wykształcona w Moskwie pianistka średniego pokolenia, chyba po raz pierwszy goszcząca w Krakowie. Artystka zaprezentowała wszystkie walory dawnej dobrej rosyjskiej szkoły pianistycznej: piękny, głęboki, okrągły dźwięk, błyskotliwą technikę, a przede wszystkim właściwe uchwycenie charakteru utworu. Przyznam się, że ostatnio straciłam serce do Koncertu b-moll, bo kolejni interpretatorzy skupiali się tylko na tym by było głośno i szybko. W sobotę Lilya Zilberstein pozwolila mi podziwiać mistrzostwo kompozytorskie Czajkowskiego i rozkoszować się migotliwym pięknem jego utworu. Szkoda, że pianistka nie dała się namówić na bis. Chciałabym usłyszeć ją także w jakimś innym repertuarze.
Orkiestra pod batutą Michała Dworzyńskiego grała ładnym dźwiękiem, dobrze współpracując z solistką. Także w Harnasiach Szymanowskiego Krakowscy Filharmonicy dobrze się spisali. Piękny był początek, delikatny, jakby obraz górskiej hali wyłaniający sie z porannej mgły. Duża w tym zasługa Mariusza Pędziałka grajacego solo obojowe. A potem było i lirycznie i zadziornie, tak jak powinno być w góralskiej opowieści. Dobrze brzmiał chór przygotowany przez Teresę Majkę-Pacanek. Solo tenorowe śpiewał Tadeusz Szlenkier. Po odejściu Andrzeja Bachledy, niezrównanego interpretatora tej partii, słuchając kolejnych wykonawców odczuwałam niedosyt. Wciąż to było nie to, co być powinno. Tym razem Tadeusz Szlenkier utrafił w sedno.


Anna Woźniakowska, Polska Muza
28.9.2014


«« powrót