Tadeusz Szlenkier - tenor

«« powrót

Świeżość i energia

Miała zachwycić wszystkich i... Udało się. Publiczność entuzjastycznie przyjęła wczorajszą premierę "Cyganerii" Pucciniego, która otworzyła XVIII Bydgoski Festiwal Operowy.
To jedna z najpopularniejszych, a może i najlepsza opera Pucciniego. O głównych rolach Rudolfa czy Mimi marzą wszyscy soliści, a melomani uwielbiają wciąż na nowo oglądać historię czwórki paryskich studentów, mieszkających bez grosza przy duszy na poddaszu starej kamienicy. Razem z nimi chcą dzielić miłosne rozterki, bawić się we francuskiej kawiarni Momus. I oczywiście słuchać pięknej muzyki włoskiego kompozytora. Wielka popularność opery i oczekiwania widzów to wyzwanie nie tylko dla reżysera i śpiewaków, ale także dyrygenta i scenografa. Owacje na stojąco po wczorajszej premierze są najlepszym dowodem na to, że sprostali mu wyśmienicie. Przede wszystkim - wielkie ukłony dla Macieja Prusa. Bo "Cyganeria" wcale nie jest prosta w realizacji, jeśli nie chce się znużyć widza. W założeniu to opera werystyczna - gra aktorska śpiewaków musi być nie tylko atrakcyjna, ale przede wszystkim wiarygodna psychologicznie.
A to, że Prus postawił na młodych reżyserując operę, w tym wypadku jest jej największym atutem. Świeżość i energia bijące z estrady momentami nie pozwalały oderwać od niej wzroku. Śpiewacy byli w takim samym stopniu aktorami, co wokalistami. Poeta Rudolf (w tej roli Tadeusz Szlenkier) to wielki romantyk; jak sam śpiewa "ma duszę milionera" (piękna aria "Che gelida manina"). Zakochana w nim Mimi (Magdalena Polkowska) to kolejna świetna kreacja aktorska. Na początku nieco nieśmiała, w towarzystwie czwórki studentów staje się coraz odważniejsza. Wokalnie też wypadła bardzo dobrze - każdą jej arię publiczność nagradzała gromkimi brawami. Czytelne, pełne uczuć gesty nie pozostawiają złudzeń: para jest w sobie bezgranicznie zakochana.
Trochę bardziej skomplikowana jest sytuacja Marcella (Łukasz Goliński). W wersji Prusa bardzo dobrze widać jego zgorzkniały, chmurny charakter. Jednocześnie jest wyrazisty i charyzmatyczny - i w taki sposób śpiewa. To właśnie on i jego wielka namiętność - Musetta (grana przez Ewelinę Szybilską) - dominują na scenie w II akcie "Cyganerii". Jej wejście na scenę z zapartym tchem obserwowali nie tylko goście Momusa (bardzo dobre sceny zbiorowe z dopełniającymi je chórami).Oboje fantastycznie poradzili sobie ze swoimi partiami, podobnie jak grający Schaunarda Wojciech Dyngosz czy Bartłomiej Tomaka w roli Collina. Prus razem z odpowiedzialnym za scenografię Pawłem Wodzińskim wykorzystali także możliwości techniczne, które daje bydgoska opera. I i IV akt to klamra opery: akcja zaczyna się i kończy w pokoju paryskich studentów. Ale już w II akcie potrzebna jest zatłoczona ulica i kawiarnia Momus. Realizatorzy wymyślili więc, że pokój będzie poruszać się w górę i w dół sceny w zależności od potrzeb. Dzięki temu bardzo dobrze wypadł też akt III - po gwarze i hałasie, w jakim kończy się poprzednia część, widzowie mogą złapać oddech.
Od samego początku uderza kameralność scen i ukryta w cieniu, oszczędna scenografia - w tym miejscu niezwykle dramatycznie brzmi aria Rudolfa ("Mimi e tanto malata"). Trochę brakowało zimowego klimatu - akcja "Cyganerii" toczy się zimą, tuż przed Bożym Narodzeniem. Mimo wszystko, scenografia była zaplanowana jak najbardziej logicznie.
Drugim bohaterem wczorajszego premiery był bez wątpienia Andrzej Knap. "Cyganerią" dyrygował już 126 razy, partyturę zna zapewne na pamięć i było to słychać w grze orkiestry. Dzieła Pucciniego nie poprzedza uwertura, nie ma też prawie żadnych samodzielnych fragmentów, ale nie oznacza to, że muzycy Opery Nova nie mogli się popisać. Prowadzeni przez Knapa fenomenalnie akompaniowali solistom, zarówno w litycznych ariach (wystarczy przypomnieć sobie chociażby partię fagotów i klarnetów towarzyszącą arii Collina przy umierającej Mimi), jak i szybkich, rytmicznych chórach w kawiarni Momus. Muzyka jest zmysłowa, pełna melodyjnej włoskiej kantyleny. Zresztą: można było się spodziewać takiego przygotowania orkiestry. Muzyków chwalił już długo przed premierą: - Dzięki nim bydgoska opera nie jest kostyczna. Są świetnym zespołem, a współpraca z nimi to sama przyjemność - mówił. Realizatorzy przygotowali widzom także niespodziankę. Pod koniec drugiego aktu pojawia się orkiestra wojskowa - podczas bydgoskiej premiery wchodzi na widownię i z tego miejsca gra swoją partię.
Młody zespół, doświadczony reżyser i dyrygent, świetne kostiumy Jagny Janickiej i scenografia "z epoki" - weryzm Pucciniego widoczny był w najdrobniejszym szczególe. Kto nie był, obowiązkowo musi się na nią wybrać. Bo jest i czego posłuchać, i na co popatrzeć. Bydgoska "Cyganeria" zachwyciła wszystkich. I pewnie długo nie zobaczymy tak dobrej realizacji tego dzieła.


Joanna Lach, Gazeta Wyborcza - Bydgoszcz nr 101
2.5.2011


«« powrót